Dadaśku

Ksynek wszystko zaplanował. Wyjdą z mamą na spacer, czyli dadaśku, wtedy, kiedy na podwórku gospodarstwa, które sąsiadowało z ich blokiem, krowa zacznie skubać trawę. Będzie mógł przystanąć przed płotem i pokazać mamie, jak krowa przeżuwa źdźbła i mlecze.

Jednak od samego rana wszystko układało się jakoś inaczej. Liście dużego drzewa za oknem, nie były jak zwykle, jasnozielone od spodu, tylko całe ciemnozielone.

Dużo chmur dzisiaj – westchnęła mama i dopiero teraz Ksynek zauważył, że nie tylko liście, ale i niebo ma ciemniejszy kolor.

– Co tu robić? – zastanawiała się mama, przesuwając palec po ekranie telefonu. Ksynek zauważył, że kiedy dorośli nie byli czegoś pewni, zaraz sięgali po telefon. Chyba jednak nie znalazła tam niczego przyjemnego, bo z zawiedzioną miną mruczała coś o „deszczu po południu”.

– Idziemy dadaśku – oznajmiła w końcu. – Potem będzie padać.

Ksynek nie zamierzał teraz wychodzić. Przecież krowa na gospodarstwie jeszcze nie skubała trawy.

– Nie! – powiedział zdecydowanie.

– Jak to nie?

– Nie! – zacisnął piąstki i tupnął nogą.

– Idziemy. Później będzie padało. Chcesz w ogóle iść dadaśku?

Ksynek jeszcze raz tupnął nogą.

– Nie chcę – powiedział zdecydowanie.

– Nie chcesz pójść nad staw i karmić kaczuszek?

Chciał. Bardzo lubił rzucać do stawu okruszki herbatników i patrzeć, jak kaczki wyciągają skrytą między piórami szyję, żeby na moment zanurzyć dziób w wodzie, a potem zabawnie nim kłapią, gdy chwycą okruszek. Bardzo chciał też zobaczyć łaciatego kota, który czasami przechadzał się wokół stawu. Chodził tak dumnie wyprężony, ale w jego oczach czaił się strach. Ksynek chciał też mamie pokazać coś, czego wczoraj nauczył się na spacerze z tatą. Jak się kąpie trawkę.

– No widzisz – podchwyciła mama. – A jak zacznie padać, to niestety…będzie już za na to późno.

Ksynek nie był pewien, czym jest to „za późno”, którym dorośli tak często straszyli, bo, jak dotąd, nigdy się nie wydarzyło. Chciał wyjść, ale nie teraz. I już.

– W takim razie sama wychodzę – zdecydowana mama i po chwili pojawiła się w pokoju w dżinsach, kurtce i z torebką przewieszoną przez ramię.

– Widzisz? Idę sama – oznajmiła. Jednak Ksynek wiedział, że tego nie zrobi. Nigdzie się przecież bez niego nie ruszała. Zresztą, w ręce trzymała zwinięte jego spodenki i kurtkę i patrzyła na niego wyczekująco.

– No i jak? – spytała.

Ksynek wyjrzał przez okno. Krowy wciąż nie było.

– Nie – powiedział, po czym wdrapał się na fotel, splótł ręce i uniósł podbródek najwyżej jak potrafił.

– Dobrze. To poradzimy sobie inaczej – powiedziała mama, po czym przykucnęła obok fotela i próbowała przecisnąć stopę Ksynka przez nogawkę spodni.

O, nie! Na to nie zamierzał sobie pozwolić! Zsunął nogawkę i cisnął spodnie w kąt pokoju.

– Kompletnie cię nie rozumiem! – krzyknęła mama. – Co to dziecko, które nie chce iść na dwór?!

Przecież Ksynek chciał wyjść na dwór, tylko nie teraz. Zrobiło mu się przykro. Mama to zauważyła i pocałowała go tak, jak lubił najbardziej, w sam czubek głowy.

– No dobrze – powiedziała i otarła łzę. Widać, że jej też zrobiło się przykro.

Usiedli na poduszkach rozłożonych przed balkonowym oknem. Mama przytuliła Ksynka. Jej bluzka pachniała kaszką, którą zjadł na śniadanie. Ale chyba jeszcze przyjemniejszy był jej głos. Stał się miękki jak kocyk, którym okrywała go przed zaśnięciem.

– Ty wiesz najlepiej, czego chcesz, a czego nie. A ja próbowałam cię do czegoś zmusić. Przepraszam – powiedziała, raz jeszcze całując go w czubek głowy.

To było miłe. Chociaż wcale nie musiała przepraszać. Każdy się czasem zdenerwuje. Zresztą, Ksynka zainteresowało teraz coś innego. Chciał się pochwalić, ile rzeczy potrafi już nazwać.

– Drzewko, listki, domek, piesek – Ksynek wyliczał, co widzi za oknem, na podwórku gospodarstwa. – O, krowa!

– No widzisz, nawet krówka wyszła…- potwierdziła mama.

– Pójdziemy dadaśku? – spytał nagle Ksynek.

Mama pokręciła głową i uśmiechnęła się.

– No dobrze. Niebo jeszcze się tak bardzo nie zaciągnęło. Ale, jakby co, pamiętaj, pędzimy do domu! I musisz założyć kurtkę z kapturkiem.

– Z kapturkiem nie!

– Ale, przecież mówiłam, że może padać. Główka będzie mokra.

Mama mnóstwo razy tak mówiła, a ostatecznie nie padało. A on nie znosił kapturków.

– Zobacz, tu jest kieszonka – powiedziała mama wkładając dwa palce do kieszeni kurtki z kapturem. – Będziesz mógł coś do niej schować.

To go przekonało. Do takiej kieszonki można schować mnóstwo rzeczy. Trawkę, kamyk albo patyczek. Niechętnie wsunął dłoń do rękawa kurtki. Tylko ze względu na ten kapturek.

Kiedy wyszli przed klatkę, mama pokręciła głową.

– O, widzisz, już kropi – westchnęła.

– Przestanie – uspokoił mamę Ksynek.

– Musimy się pospieszyć, bo nad staw mamy jeszcze kawałek drogi – poganiała mama.

Gdy dotarli nad miejsce, przestało wprawdzie kropić, jednak słońce nie wyszło zza chmur. Ksynkowi i tak się tutaj podobało. Drzewa zwieszały swe długie gałęzie nad wodą. Między ich pniami a brzegiem tworzyły się zakamarki, które bardzo fascynowały Ksynka. Zauważył też coś nowego. W trawie rosły małe kwiatki z biało-różowymi płatkami. Takie, jak lubił najbardziej, czyli malutkie.

– Nie ma kaczuszek – zauważył Ksynek.

– Pewnie dlatego, że zbiera się na deszcz – wyjaśniła mama. – Ale wiem, co zrobić, żeby wypłynęły.

Wyjęła z torebki paczuszkę herbatników. Rozerwała ją i sięgnęła po ciasteczko.

– Ja sam – powiedział Ksynek.

– Ale ja zrobię to szybciej, a tobie pokruszę jedno ciasteczko do porozrzucania, dobrze?

– Ja sam – powtórzył.

Czyżby mama nie wiedziała, że najprzyjemniejsze jest właśnie wyjmowanie ciasteczka z szeleszczącej paczuszki? Chociaż nie, chrupanie ciasteczek było jeszcze przyjemniejsze, dlatego dzielił się nimi z kaczkami po połowie.

– Zobacz, te małe puchate to dzieci – zauważyła mama. – Wcześniej ich tu nie było.

– A to mama, a tam tata – dodał Ksynek.

– Nie, mama ma brązowy łebek, a tata – kolorowy – wyjaśniła mama.

Trochę to Ksynka zdziwiło, bo w domu to zwykle mama ubierała się bardziej kolorowo niż tata.

– A tam babcia i dziadek – zdecydował Ksynek. Nie wyobrażał sobie rodziny bez babci i dziadka.

Nagle do wody zaczęły wpadać ciemne, płaskie ziarenka. Rzucała je kaczkom szczupła pani w płaszczu przeciwdeszczowym.

– Co to jest? – Ksynek zwrócił się do mamy.

– Pestki dyni – zamiast mamy odpowiedziała pani w płaszczu. – Kaczki najlepiej karmić ziarnami, albo, na przykład, marchewką, ale dziś nie miałam czasu, żeby ją ugotować.

W paczuszce zostało już tylko jedno ciasteczko. Ostatnie.  I wtedy Ksynek zauważył, że on je ciasteczka, kaczki też, tylko mama nie. Wsunął jej ostatni herbatnik do ręki.

– To dla mnie? – spytała mama i spojrzała na niego tak, jakby bardzo o takim ciasteczku marzyła.

Dzięki temu wcale nie było mu smutno, że oddał jej ostatnie ciastko. Zwłaszcza, że zostało mu jeszcze coś ważnego. Pusta paczuszka.

– Wrzucę do kosza. A ty poczekaj – oznajmił.

Bardzo lubił zaglądać do stojącego obok stawu żółtego kosza na śmieci i sprawdzać, co nowego do niego wpadło. Niektóre papierki rozpoznał. Te po lodach na patyki. Tamte po słonych ciasteczkach.

– Nie zaglądaj tam. To jest brudne. Be! – mama podbiegła do niego i wytarła mu ręce wyperfumowaną chusteczką, której nie znosił. Ze złością tupnął nogą i wtedy zauważył leżącą na ziemi długą łodyżkę, zakończoną puchatym pióropuszem. Od razu zrobiło mu się weselej.

– Wykąpiemy trawkę! – przypomniał sobie.

I w odpowiedzi na zdziwioną minę mamy, podniósł z ziemi łodyżkę, przykucnął na brzegu stawu i zaczął ją moczyć w wodzie. Wspaniale było patrzeć, jak pióropusz powoli namakał.

– Kąpie się, kąpie! – zawołał wesoło.

Mama, nerwowo kręcąc się w kółko, przelotnie się uśmiechnęła.

– Usiądź – powtórzył Ksynek. Nie lubił, kiedy dorośli się spieszyli.

Westchnęła i kucnęła.

– Wykąp trawkę – przypomniał Ksynek, wręczając jej drugą, leżącą obok.

Namoczyła pióropusz, a później zaczęła się w trawkę wpatrywać.

– Wiesz, jak byłam w twoim wieku, też to lubiłam – powiedziała.

Pewnie. Jak można nie lubić kąpania trawki?

– O, zobacz, kotek! – zauważyła mama.

Łaciaty kotek ukrył się pod gałęziami, zwieszających się do wody. W kryjówce błyszczały tylko jego przestraszone oczy.

– Dlaczego się chowa? – zapytał Ksynek.

I wtedy okazało się, że pochowały się też kaczki. To nie był dobry znak.

– Pada! – zawołała mama i pociągnęła Ksynka za rękę. – Na co jeszcze czekasz?

Schylił się i ukrył coś w kieszonce.

Biegli do domu tak szybko, jakby chcieli prześcignąć deszcz. Ksynek czuł coraz więcej mokrych, chłodnych pacnięć na plecach. Dobrze, że miał kapturek, to przynajmniej głowa była sucha.

– Dziękuję ci! – powiedziała mama, kiedy dotarli do domu. – To był piękny spacer. I miałeś rację. Ty wiesz najlepiej, kiedy wyjść. A teraz szybko się przebieramy, bo przemokliśmy.

– Jeszcze nie! – powiedział Ksynek.

– Czy nie możesz choć raz tak po prostu się na coś zgodzić? – westchnęła mama.

Najpierw musiał przecież jeszcze coś zrobić. Sięgnął więc do kieszonki.

– Nie ma. Zgubił się – powiedział zawiedziony.

– Co się zgubiło?

– Piatek.

– A, kwiatek. Tu schowałeś? Sprawdź dokładnie.

Kieszonka była pusta.

– Może w drugiej?

Wewnątrz było to, czego szukał. Przemoknięta stokrotka. Wręczył go mamie. Jej twarz rozjaśniła się jak niebo po deszczu.

– Teraz już mogę cię przebrać? – spytała.

Kiwnął głową.

Przyjemnie było siedzieć w suchych ubraniach na poduszkach przed oknem balkonowym i patrzeć, jak krople deszczu zaciekle uderzają o balustradę, a potem spokojnie spływają na deskę balkonu.

Mama przez chwilę wpatrywała się w ekran telefonu, po czym spojrzała na Ksynka z poważną miną.

– Przeczytałam właśnie, że herbatniki nie są dobre dla kaczek. Od jutra będziemy je karmić nasionami – powiedziała.

Ksynek był teraz zajęty czym innym.

– Drzewko, listki, domek – zaczął wyliczać to, co widzi za oknem.

– A krowy nie ma – dodała mama.

I dopiero wtedy przypomniał sobie, że nie stanął przy płocie, żeby obserwować, jak przeżuwa trawę i mlecze. Nic straconego. Zrobi to następnym razem. Przecież nigdy nie jest za późno.

– Dużo chmur dzisiaj – westchnęła mama i dopiero teraz Ksynek zauważył, że nie tylko liście, ale i niebo ma ciemniejszy kolor.

– Co tu robić? – zastanawiała się mama, przesuwając palec po ekranie telefonu. Ksynek zauważył, że kiedy dorośli nie byli czegoś pewni, zaraz sięgali po telefon. Chyba jednak nie wyczytała niczego przyjemnego, bo z zawiedzioną miną mruczała coś o „deszczu po południu”.

– Idziemy dadaśku – oznajmiła w końcu. – Potem będzie padać.

Ksynek nie zamierzał teraz wychodzić. Przecież krowa gospodarstwie jeszcze nie skubała trawy.

– Nie! – powiedział zdecydowanie.

– Jak to nie?

– Nie! – zacisnął piąstki i tupnął nogą.

– Idziemy. Później będzie padało. Chcesz w ogóle iść dadaśku?

Ksynek jeszcze raz tupnął nogą.

– Nie chcę – powiedział zdecydowanie.

– Nie chcesz pójść nad staw i karmić kaczuszek?

Chciał. Bardzo lubił rzucać do stawu okruszki herbatników i patrzeć, jak kaczki wyciągają skrytą między piórami szyję, żeby na moment zanurzyć dziób w wodzie. Gdy któraś z nich okruszek, zabawnie kłapała dziobem. Bardzo chciał też zobaczyć łaciatego kota, który czasami przechadzał się wokół stawu. Wydawał się taki dumny, ale jak się spojrzało w jego oczy, okazywał się przestraszony. Chciał też mamie pokazać coś, co wczoraj odkrył na spacerze z tatą. Jak się kąpie trawkę.

– No widzisz – kontynuowała mama. – A jak zacznie padać, to niestety…będzie już za na to późno.

Ksynek nie był pewien, czym jest to „za późno”, którym dorośli tak często straszyli, bo, jak dotąd, nigdy się nie wydarzyło. Chciał wyjść, ale nie teraz. I już.

– W każdym razie sama wychodzę na spacer – zdecydowana mama i po chwili pojawiła się w pokoju w dżinsach, kurtce i z torebką przewieszoną przez ramię.

– Widzisz? Idę sama – oznajmiła. Jednak Ksynek wiedział, że tego nie zrobi. Nigdzie się przecież bez niego nie ruszała. Zresztą, w ręce trzymała zwinięte jego spodenki i kurtkę i patrzyła na niego wyczekująco.

– No i jak? – spytała.

Ksynek wyjrzał przez okno. Krowy wciąż nie było.

– Nie – powiedział, po czym wdrapał się na fotel, splótł ręce i uniósł podbródek najwyżej jak potrafił.

– Dobrze. To poradzimy sobie inaczej – powiedziała mama, po czym przykucnęła obok fotela i próbowała przecisnąć stopę Ksynka przez nogawkę spodni.

O, nie! Na to nie zamierzał sobie pozwolić! Zsunął nogawkę i cisnął spodnie w kąt pokoju.

– Kompletnie cię nie rozumiem! – krzyknęła mama. – Jakie dziecko nie chce iść na dwór?!

Przecież Ksynek chciał wyjść na dwór, tylko nie teraz. Zrobiło mu się przykro. Mama to zauważyła i pocałowała go tak, jak lubił najbardziej, w sam czubek głowy.

– No dobrze – powiedziała i otarła łzę. Widać, że jej też zrobiło się przykro.

Usiedli na poduszkach rozłożonych przed balkonowym oknem. Mama przytuliła Ksynka. Jej bluzka pachniała kaszką, którą zjadł na śniadanie. Ale chyba jeszcze przyjemniejszy był jej głos, który nagle stał się miękki jak kocyk, którym okrywała go przed zaśnięciem.

– Ty wiesz najlepiej, czego chcesz, a czego nie. A ja próbowałam cię do czegoś zmusić. Przepraszam – powiedziała, raz jeszcze całując go w czubek głowy.

To było miłe. Chociaż wcale nie musiała przepraszać. Każdy się czasem zdenerwuje. Zresztą, Ksynka zainteresowało teraz coś innego. Chciał się pochwalić, ile rzeczy potrafi już nazwać.

– Drzewko, listki, domek, piesek – Ksynek wyliczał, co widzi za oknem, na podwórku gospodarstwa. – O, krowa!

– No widzisz, nawet krówka wyszła…- potwierdziła mama.

– Pójdziemy dadaśku? – spytał nagle Ksynek.

Mama pokręciła głową i uśmiechnęła się do niego.

– No dobrze. Jeszcze się tak bardzo nie zaciągnęło. Ale, jakby co, pamiętaj, pędzimy do domu! I musisz założyć kurtkę z kapturkiem.

– Z kapturkiem nie!

– Ale, przecież mówiłam, że może padać. Główka będzie mokra.

Mama mnóstwo razy tak mówiła, a ostatecznie nie padało. A on nie znosił kapturków.

– Zobacz, tu jest kieszonka – powiedziała mama wkładając dwa palce do kieszeni kurtki z kapturem. – Będziesz mógł coś do niej schować.

To go przekonało. Do takiej kieszonki można schować mnóstwo rzeczy. Trawkę, kamyk albo patyczek. Niechętnie wsunął dłoń do rękawa kurtki. Tylko ze względu na ten kapturek.

Kiedy wyszli z klatki schodowej, mama pokręciła głową.

– O, widzisz, już kropi – westchnęła.

– Przestanie – uspokoił mamę Ksynek.

– Musimy się pospieszyć, bo nad staw mamy jeszcze kawałek drogi – poganiała mama.

Gdy dotarli nad staw, przestało kropić, jednak słońce nie wyszło zza chmur. Ksynkowi i tak się tutaj podobało. Drzewa zwieszały swe długie gałęzie nad wodą. Między ich pniami a brzegiem tworzyły się zakamarki, które bardzo fascynowały Ksynek, jednak mama nie pozwalała mu się tam zapuszczać. Zauważył też coś nowego. W trawie rosły małe kwiatki z biało-różowymi płatkami. Takie, jak lubił najbardziej, czyli malutkie.

– Nie ma kaczuszek – zauważył Ksynek.

– Pewnie dlatego, że zbiera się na deszcz – wyjaśniła mama. – Ale wiem, co zrobić, żeby wypłynęły.

Wyjęła z torebki paczuszkę herbatników. Rozerwała ją i sięgnęła po ciasteczko.

– Ja sam – powiedział Ksynek.

– Ale Ksynku, zrobię to szybciej, a tobie pokruszę jedno ciasteczko do porozrzucania, dobrze?

– Ja sam – powtórzył.

Czyżby mama nie wiedziała, że najprzyjemniejsze jest właśnie wyjmowanie ciasteczka z szeleszczącej paczuszki? Chociaż nie, chrupanie było jeszcze przyjemniejsze. Bo ciasteczkami dzielili się z kaczkami po połowie.

– Zobacz, te małe puchate to dzieci – zauważyła mama. – Wcześniej ich tu nie było.

– A to mama, a tam tata – dodał Ksynek.

– Nie, mama ma brązowy łebek, a tata – kolorowy.

Trochę to Ksynka zdziwiło, bo w domu to zwykle mama ubierała się bardziej kolorowo niż tata.

– A tam babcia i dziadek – zdecydował Ksynek. Bo nie wyobrażał sobie rodziny bez babci i dziadka.

Do wody zaczęły wpadać ciemne, płaskie ziarenka. Rzucała je kaczkom szczupła pani w płaszczu przeciwdeszczowym.

– Co to jest? – Ksynek zwrócił się do mamy.

– Pestki dyni – odpowiedziała pani w płaszczu. – Kaczki najlepiej karmić ziarnami, albo, na przykład, marchewką, ale dziś nie miałam czasu, żeby ją ugotować.

W paczuszce zostało już tylko jedno ciasteczko. Ostatnie.

I wtedy Ksynek zauważył, że on je ciasteczka, kaczki też, tylko mama nie. Wsunął jej herbatnika do ręki.

– To dla mnie? – spytała mama i spojrzała na niego tak, jakby bardzo o takim ciasteczku marzyła.

Dzięki temu wcale nie było mu smutno, że oddał jej ostatnie ciastko. Zwłaszcza, że zostało mu jeszcze coś ważnego. Pusta paczuszka.

– Wrzucę do kosza. A ty poczekaj – oznajmił.

Bardzo lubił tam zaglądać do stojącego obok stawu żółtego kosza na śmieci i sprawdzać, co nowego do niego wpadło. Niektóre papierki rozpoznał. Te po lodach w czekoladzie. Tamte po słonych ciasteczkach.

– Nie zaglądaj tam. To jest brudne. Be! – mama podbiegła do niego i wytarła mu ręce wyperfumowaną chusteczką, której nie znosił. Ze złością tupnął nogą i wtedy zauważył leżącą na ziemi długą łodyżkę, zakończoną puchatym pióropuszem. Od razu zrobiło mu się weselej.

– Wykąpiemy trawkę! – zawołał.

I w odpowiedzi na zdziwioną minę mamy, podniósł z ziemi łodyżkę, przykucnął na brzegu stawu i zaczął ją moczyć w wodzie. Wspaniale było patrzeć, jak pióropusz powoli namakał.

– Kąpie się, kąpie! – zawołał wesoło.

Mama, nerwowo kręcąc się w kółko, przelotnie się uśmiechnęła.

– Usiądź – powtórzył Ksynek. Nie lubił, kiedy dorośli się spieszyli.

Westchnęła i kucnęła.

– Wykąp trawkę – przypomniał Ksynek, wręczając jej drugą, leżącą obok.

Namoczyła pióropusz, a później zaczęła się w niego wpatrywać.

– Wiesz, jak byłam w twoim wieku, też to lubiłam – powiedziała.

Pewnie. Nie ma nic lepszego niż kąpać trawkę.

– O, zobacz, kotek! – zauważyła mama.

Łaciaty kotek ukrył się pod gałęziami, zwieszających się do wody. W kryjówce błyszczały tylko jego przestraszone oczy.

– Dlaczego się chowa? – zapytał.

I wtedy okazało się, że pochowały się też kaczki. To nie był dobry znak.

– Pada! – zawołała mama i pociągnęła Ksynka za rękę, ale się jej wyrwał. – Co ty tam jeszcze robisz?

Schylił się i ukrył coś w kieszonce.

Biegli do domu tak szybko, jakby chcieli prześcignąć deszcz. Ksunek czuł coraz więcej mokrych, chłodnych pacnięć na plecach. Dobrze, że miał kapturek, to przynajmniej głowa była sucha.

– Dziękuję ci! – powiedziała mama, kiedy dotarli do domu. – To był piękny spacer. I miałeś rację. Ty wiesz najlepiej, kiedy pójść. A teraz szybko się przebieramy, bo przemokliśmy.

– Jeszcze nie! – powiedział Ksynek.

– Czy nie możesz choć raz tak po prostu na coś zgodzić? – westchnęła mama.

Ksynek sięgnął do kieszonki.

– Nie ma. Zgubił się – pokręcił głową.

– Co się zgubiło?

– Piatek.

– A, kwiatek. Tu schowałeś? Sprawdź dokładnie.

Kieszonka była pusta.

– Może w drugiej?

Wewnątrz było to, czego szukał. Przemoknięta stokrotka. Wręczył go mamie. Jej twarz rozjaśniła się jak niebo po deszczu.

– Teraz już mogę cię przebrać? – spytała.

Kiwnął głową.

Przyjemnie było siedzieć w suchych ubraniach na poduszkach przed oknem balkonowym i patrzeć, jak krople deszczu najpierw szybko uderzają o balustradę, a potem wolno spływają na deskę balkonu.

Mama przez chwilę wpatrywała się w ekran telefonu, po czym spojrzała na Ksynka z poważną miną.

– Przeczytałam, że herbatniki nie są dobre dla kaczek. Od jutra będziemy je karmić nasionami – powiedziała.

Ksynek był teraz zajęty czym innym.

– Drzewko, listki, domek – zaczął wyliczać to, co widzi za oknem.

– A krowy nie ma – dodała mama.

I dopiero wtedy przypomniał sobie, że nie przystanął przy płocie, żeby obserwować, jak przeżuwa trawę i mlecze. Nic straconego. Zrobi to następnym razem. Przecież nigdy nie jest za późno.

Emilia Becker

autorka bloga oraz książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *