Kręci się!

– Idziemy do karatora.
– A co to takiego karator? – spytała mama.
– Karator – powtórzył Ksynek.
– Aaa! Pewnie traktor.
– Karator – poprawił ją Ksynek. – Kręci się.

– Tak, traktor. Jego koła się kręcą – mówiąc to, mama skręciła w kierunku sąsiadującego z ich blokiem gospodarstwa. Na jego podwórku stał zielony traktor z dużymi kołami. Ale przecież on stał, a Ksynek mówił wyraźnie, że karator się kręci.

Ksynek uwielbiał wszystko, co się kręci. Nie mógł oderwać wzroku od kręcącego się bębna pralki. Najbardziej lubił moment, kiedy bęben wirował tak szybko, że wydawało się, jakby ubrania, których przecież tak wiele mama wcisnęła do środka, nagle zniknęły.

Pociągnął mamę za rękę.

– Do sklepu – oznajmił.

– Czyli już traktora nie chcesz pooglądać?

Pewnie, że nie. Bo w ogóle nie miał na myśli żadnego traktora. Dlaczego dorośli nie mogą uwierzyć, że dzieci wiedzą, dokąd idą?

– Karator! – zawołał wesoło, gdy stanęli pod sklepem.

– Gdzie? – rozglądała się mama.

– Tu! – Ksynek wskazał paluszkiem na wprost.

– Aaa! Wentylator – zrozumiała w końcu mama.

„Katator” czy „wentylator”. Czy to ważne? Liczyło się przecież coś innego.

– Nie kręci się – powiedział ze smutkiem.

– No nie  – przyznała mama. – Chodźmy do sklepu. Zrobimy zakupy, a potem może zacznie się kręcić.

Ksynek nie zamierzał się jednak stąd ruszać.

– Poczekamy – zdecydował.

Mama przestępowała z nogi na nogę.

– Może się wcale nie kręci, synku. Może jest zepsuty i nie ma po co czekać. W dodatku w taki upał – westchnęła. – A może masz ochotę na loda.

Ksynek ani drgnął.

– Poczekamy – powtórzył.

Poprzedniego dnia, kiedy był tu z tatą, wentylator się kręcił, więc i dziś będzie. Ze sklepu ciągle ktoś wychodził z lodem w ręce. Niektórzy trzymali lody na patyku, inni w rożku, jeszcze inni w rurce. Ksynek miał ochotę na loda. Może mama ma rację? Może wentylator nie zacznie się kręcić? Nagle powiał wiatr i coś upadło u jego stóp. Był to słomkowy kapelusz. Mama podniosła go i podała starszej pani, która zatrzymała się przed drzwiami sklepu, żeby odsapnąć.

– Dziękuję – uśmiechnęła się staruszka. – Parno dziś strasznie, ale wiatr się zrywa. To na zmianę pogody.

– Całe szczęście, bo chyba byśmy się rozpłynęli w tym upale – odpowiedziała mama. – Czekamy, aż wentylator zacznie się kręcić.

Starsza pani spojrzała na Ksynka i pokiwała głową ze zrozumieniem.

– O, w moim i jego wieku ma się dużo czasu – powiedziała i wolnym krokiem weszła do sklepu.

Nagle śmigło wentylatora drgnęło. Ksynek zaklaskał w dłonie.

– Kręci się! – zawołał.

– Rzeczywiście. Kręci się – mama przytuliła synka. Pewnie też jej się to spodobało.

Przez chwilę wpatrywał się w śmigło, które kręciło się wokół śruby. I wtedy poczuł naprawdę wielką ochotę na loda.

– Idziemy! – powiedział.

– Już? – zdziwiła się mama.

W sklepie pochylili się nad zamrażarką. Ksynek nie potrafił.

– W rożku czy na patyku? – spytała mama.

– Na patyku! – powiedział Ksynek, bo wyjątkowo lubił patyczki. Kiedy trzymał mocno patyczek, czuł, że lód należy tylko do niego.

– Zobacz, na patyku są tylko takie. – mama sięgnęła po loda w błękitnym papierku. – Może być?

– Taaaak! – ucieszył się Ksynek.

– Zaniosę do kasy – powiedziała mama.

– Ja zaniosę! – oznajmił chłopczyk. Czuł się taki dorosły, kiedy kładł coś na ladzie.

Pan sprzedawca z poważną miną wziął do ręki lód, a potem zbliżał do niego coś, co przypominało suszarkę mamy, ale w przeciwieństwie do suszarki, podświetlało się na czerwono i głośno pikało. A pikanie Ksynek lubił prawie tak samo jak kręcenie.

– I jeszcze to? – sprzedawca zwrócił się do mamy.

Wtedy dopiero Ksynek zauważył, że mama trzyma w ręku coś, co bardzo przypominało wnętrze karatora, tyle że śmigła były pomarańczowe, śruba niebieska, a całość znajdowała się na długim zielonym patyku.

– Dla ciebie – mama wręczyła mu tajemniczy przedmiot, kiedy wyszli ze sklepu. – Wiatraczek.

Ksynek wziął wiatraczek do ręki. Pomarańczowe śmigło zafurkotało na wietrze.

– A lód? – spytała mama.

Nigdy mu się to dotąd nie zdarzyło o nim zapomnieć. Nie mógł jednak oderwać wzroku od wiatraczka. Był dokładnie tym, co chciał mieć.

– Kręci się! Kręci! – wołał Ksynek, wpatrując się w pomarańczowe śmigło, które wirowało przy coraz silniejszym wietrze.

– Widzisz? – ucieszyła się mama. – Teraz masz swój karator i nie będziesz już musiał czekać, aż tamten zacznie się uruchomi.

Akurat. Tamten był duży i prawdziwy. Ksynek wciąż zamierzał na niego patrzeć. A ten pomarańczowy zawsze będzie brał ze sobą na drogę do sklepu. Żeby zawsze się coś kręciło.

Emilia Becker

autorka bloga oraz książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *