Twarz narysowana przez małe dziecko

Ksynek rysuje

– Ksynek ma już trzy latka, a wciąż nie rysuje. Ty w jego wieku to ho, ho! – powiedziała pewnego razu babcia do mamy.

Rzeczywiście, mama lubiła rysowanie. Często sięgała po kredki i pytała Ksynka, co ma być na obrazku.

– Domek! – życzył sobie Ksynek.

I na kartce powstawał domek z czerwonym dachem i kłębem dymu.

– Kwiatek! – mówił Ksynek.

I na kartce zakwitała róża.

– Pralka! – zażyczył sobie Ksynek.

– Nie wiem, czy mi wyjdzie.

Mama często się martwiła, czy rysunek jej wyjdzie. Zupełnie niepotrzebnie. Ksynek zawsze rozpoznawał na jej obrazkach to, o co prosił.

Pralka też mamie wyszła – z dużym kółkiem w środku i przyciskami po bokach. Bardzo mu się spodobała, więc chciał, żeby narysowała jeszcze jedną.

– I co teraz? – spytała mama.

– Pralka! – oznajmił.

– Znów?

Mama narysowała pralkę. Tym razem kółko w środku było jeszcze bardziej okrągłe, a przyciski różnokolorowe. Ksynek bardzo lubił pralki, więc poprosił mamę o kolejną.

– Jeszcze pralka!

Mama westchnęła.

– Znowu pralka? Chyba już wystarczy na dziś tego rysowania – powiedziała i odłożyła blok.

Ksynek zgodził się bez żalu. Uważał, że na świecie jest wiele ciekawszych spraw od rysowania. Na przykład uklepywanie łopatką piasku, jazda na nowej hulajnodze albo puszczanie baniek mydlanych. Jeśli chodzi o kredki, to lubił je obgryzać (zwłaszcza niebieską, którą uważał za najsmaczniejszą), wyjmować pełną garść z pudełka i rozrzucać na podłodze, a jeśli już rysować – to po ścianach, kiedy rodzice o tym nie wiedzieli.

Tata zabawnie się czerwienił, kiedy zauważył taki rysunek. Raz nawet Ksynkowi udało się pomalować spory kawałek ściany w kuchni.

– Kto to zrobił?! – spytał tata podniesionym głosem.

– No kto to zrobił? – Ksynek odpowiadał pytaniem i wybuchł śmiechem.

– Kto to zrobił?! – tata jeszcze bardziej podniósł głos.

– No kto to zrobił? – Ksynek wybuchł jeszcze głośniejszym śmiechem.

Tata pokręcił głową, namoczył w zlewie gąbkę i zaczął energicznie pocierać nią ścianę.

– Ile razy mam ci mówić, że rysuje się na kartce! – powiedział z wyrzutem w głosie. – Cała kuchnia w jakichś gryzmołach!

Ksynkowi nie podobało się słowo „gryzmoły”, jednak nie miał tacie za złe, ze zaczął je ścierać. Bo ścieranie to było dopiero coś! Ślady na ścianie zupełnie znikały!

– Ja chcę też! – zawołał, próbując wyrwać tacie gąbkę.

– O, nie, nic z tego! Wystarczająco dużo już nabroiłeś, pozwól mi to chociaż naprawić.

W tym momencie do kuchni weszła mama.

– Zobacz, co on zmalował! – powiedział tata, wskazując na ścianę.

– Ojej! – uśmiechnęła się mama na widok malowidła, po czym zwróciła się do Ksynka: – Co to jest?

Lubiła pytać „co to jest?”, kiedy Ksynek coś narysował, choć on nie miał pojęcia, jak na to pytanie odpowiedzieć.

– Może jeszcze powiesz, że ci się to podoba! – mruknął tata, szorując zamaszyście ścianę.

– Ja też podobno jako dziecko rysowałam na wszystkim, co się dało. A później polubiłam rysowanie na kartkach.

– Ksynek niech lepiej zacznie od kartki – powiedział zdecydowanie tata.

Mama mrugnęła okiem do Ksynka, po czym obok otwartego pudełka kredek położyła na stole kartkę z bloku. Chłopiec wspiął się na krzesło. Wyciągnął swoją niebieską kredkę i pociągnął dłuuuugą kreskę.

– Na kartce, mówiłem! – przypomniał tata, ścierając pospiesznie część kreski, która widniała na stole.

Ksynek zaczął więc rysować krótkie kreseczki. Brodą dotykał brzegu stołu, więc widział tylko brzeg kartki. Ale to nie miało znaczenia. Najprzyjemniejszy był przecież sam ruch ołówka. W górę – w dół, w górę – w dół!

– Co to jest? – zaciekawiła się mama.

– Nie wiem – odpowiedział niechętnie Ksynek.

I nagle…bach! Pękł grafit. Nie dało się teraz rysować.

– Musisz inaczej trzymać kredkę – wytłumaczyła mama – Nie całą rączką. O, tak!

Mama kilkoma szybkimi ruchami narysowała na swojej kartce domek. Trzymała ołówek tak, że wydawał się zakrzywiony. Być może dlatego powstawały tak piękne obrazki. Ksynek nie potrafił tak trzymać kredki, więc odrzucił ją tak zdecydowanie, że aż potoczyła się i spadła.

– Wybierz sobie inną – zaproponowała mama, podsuwając pudełko.

Ksynek nie miał już ochoty na rysowanie.

– To może naostrzymy twoją ulubioną niebieską? – zaproponowała mama.

– Taaak! – zawołał Ksynek, bo lubił temperowanie. Kredka skrzypiała w środku temperówki, a wokół wiły się krążki i leciały wiórki.

– Jeszcze ta! I ta! –  wysuwał z pudełka wszystkie kredki, które, jego zdaniem, potrzebowały naostrzenia.

– Popatrz, ale ostre! – powiedziała mama, wskazując na rządek kredek. – Chcesz zobaczyć, jak rysują?

Ksynek wybrał niebieską. Grafit wbił się w kartce i…powstała dziurka. A potem kolejna i jeszcze jedna. To było coś! Można było dziurawić kartkę zupełnie tak, jak dziurawiło się widelcem ciasto pizzy.

– Ech, i tyle by było z rysowania! – westchnęła zawiedziona mama, po czym schowała kredki i długo ich nie wyjmowała.

Ksynkowi kredek nie brakowało, ponieważ na podwórku odkrył, że można rysować też…patykiem na piasku. Pewnego dnia znalazł sobie na podwórku spory kijek, którym początkowo wymachiwał, a gdy się zmęczył, zaczął ciągnąć go za sobą po piasku. Kiedy obejrzał się za siebie, dostrzegł, że patyk pozostawia ślad. Żeby to sprawdzić, narysował kreskę na piasku. To było coś! Nie trzeba się martwić o to, że kartka jest za mała i że coś się na niej nie zmieści. Najpierw rysował kreski obok siebie, a potem zaczął je krzyżować. Ciach, ciach, ciach!

– I co, Ksynku, nie lubisz rysować? – spytała pewnego dnia zatroskana babcia. – To pewnie przez to, że kredki mają takie blade kolory.

Sięgnęła do torebki, z której zawsze wydobywała jakiś – choćby malutki – prezent dla Ksynka.

– Zobacz, co ci przyniosłam. Flamastry!

Ksynek ostrożnie wyciągnął flamaster z pudełka. Niebieski. Miał intensywny kolor i białą nakrętkę, którą się fajnie nakładało i zdejmowało.

– Flamastry nie służą do zabawy, tylko do rysowania – powiedziała babcia. Wyciągnęła różowy flamaster i narysowała nim grubą kreskę. Miała piękny, żywy kolor!

Ksynek narysował kreskę niebieskim flamastrem. Wyszła jakaś inna niż dotychczas. Zakrzywiona. Potem sięgnął po inne kolory. Chciał sprawdzić, jak wyglądają. Zakrzywione linie przecinały się w różnych miejscach. Rysował w skupieniu z nosem tuż nad papierem. Ani się obejrzał, aż zapełnił całą kartkę.

– Piękne! – zawołała z zachwytem babcia, po czym zawołała mamę.

Mama spojrzała z niedowierzaniem, najpierw na kartkę, potem na Ksynka i znów na kartkę.

– To wygląda jak obraz abstrakcyjny! – powiedziała z uznaniem. – Ja tu cię pokazuję, jak rysować domek i kwiatek, a ty coś takiego narysowałeś. Brawo! Zaraz…zaraz…jaki obraz mi to przypomina?

Pobiegła do biblioteczki w dużym pokoju i zdjęła z półki album z obrazami.

– Może Pollock? – zastanawiała się. – Nie, Dubuffet!

Podsunęła Ksynkowi książkę otwartą w miejscu, w którym widniał obraz. Wyglądał, jakby był narysowany flamastrami. Jednak zupełnie innymi kolorami niż rysunek Ksynka. Zresztą, w ogóle był inny. Babcia jednak zgadzała się z mamą.

– Identyczny! Takie samo kłębowisko linii! No, no, rośnie ma wielki artysta.

– Skoro artysta, to musi mieć wystawę – zdecydowała mama, po czym powiesiła obrazek Ksynka na drzwiach lodówki.

Był bardzo z siebie dumny. Teraz każdy, kto wejdzie do kuchni, zobaczy jego obrazek! Postanowił więc stworzyć kolejne dzieło, które zawiśnie na lodówce. Tym razem wiedział, co chce narysować.

Kiedy skończył, podbiegł do babci i mamy i wyciągnął przed siebie rączki, prezentując swoją pracę.

– Znowu coś abstrakcyjnego! – zachwycała się mama, używając po raz drugi trudnego, długiego słowa, którego Ksynek nie rozumiał.

– Co to może być? – zastanawiała się babcia. – Jakaś piramida łuków.

Dziwne. Choć mama z babcią zastanawiały się, co widnieje na obrazku, tym razem nikt Ksynka o to nie zapytał!

– To jest babcia! – wypalił w końcu.

– Aaa…tak? – zdziwiła się babcia.

– Przecież ta piramida to twoja długa spódnica – zauważyła mama.

– Że też na to nie wpadłam! Mój mały Picasso! – babcia pocałowała Ksynka w czubek nosa.

Ksynek chciał, by drzwi lodówki jak najprędzej zapełniły się jego pracami. Jednak mama nie zawsze chętnie wieszała kolejne obrazki. Zauważył, że nie wszystkie podobały jej się tak samo. Może już nie były abstrakcyjne? Wreszcie przestał interesować się flamastrami.

Pewnego dnia na placu zabaw znalazł kubełek z grubymi kolorowymi rolkami.

– To kreda – powiedziała mama. – Można nią rysować po chodniku.

Ksynek spróbował. Postała gruba kreska, jeszcze grubsza niż te, które zostawiał flamaster. No i można było kredą zamalować szary chodnik, żeby wyglądał tak, jak się chce. To było coś! Pomalował kredą nie tylko spory kawałek chodnika, ale i ławkę, huśtawkę, a nawet domek na szczycie zjeżdżalni. Najchętniej pomalowałby całe podwórko, ale kreda się skończyła. Odrzucił ze złością pusty kubełek. Za to z radością podniosła go szczupła pani w kolorowej pelerynie i białym kapeluszu.

– Tu była kreda. Nie widziała jej pani może? – zwróciła się do mamy. – Córka zostawiła ten kubełek na podwórku.

– Niestety – westchnęła mama, wskazując wzorkiem najpierw na Ksynka, a potem na zamalowany chodnik. – Nie mogłam go powstrzymać. Pomalował wszystko, co się dało. Odkupię…

– Nie trzeba – machnęła ręką pani w kapeluszu. – Widać, że synek ma zacięcie artystyczne. Niech mu pani kupi tablicę. Będzie mógł na niej rysować kredą do woli.

I tak w pokoju Ksynka pojawiła się tablica. Po jednej stronie czarna, a po drugiej biała. Po czarnej malowało się kredą, a po białej flamastrami. Ale najlepsze było to, jak się z niej te rysunki ścierało. Gąbką! Zupełnie tak, jak zmazywał rysunek tata ze ściany. I można było rysować i mazać, rysować i mazać!

A ścieranie najlepiej wychodziło na białej tablicy, bo z czarnej leciał pył. Trzeba było więc rysować flamastrami i Ksynek przypomniał sobie, jakie to przyjemne.

Zdecydowanym gestem narysował na białej tablicy kółko, na jego szczycie kilka pionowych kresek, a wewnątrz dwa mniejsze kółeczka i jedną poziomą kreskę.

Kiedy mama zobaczyła jego dzieło, aż przystanęła.

– To…ty…narysowałeś? – spytała zdziwiona.

– No tak!

– Ale to jest przecież twarz: włosy, oczy, usta?!

– To mama – powiedział Ksynek, bo znów nie raczyła go zapytać, co to jest.

Po czym szybko zmazał malunek. Ale się fajnie ścierało!

– Poczekaj, poczekaj! – zawołała mama.

Ksynek oderwał gąbkę od tablicy. Prawie nic na niej nie zostało.

– Chciałam zdjęcie zrobić i wysłać babci! – westchnęła zawiedziona.

Ksynek był już zajęty kolejnym obrazkiem. Narysował owal, w środku u góry dwa małe kółka, a pod spodem pionową kreskę.

– To tata – oznajmił i już zaczął zmazywać swoje dzieło.

– Ej, ej, poczekaj! – zawołała mama, ustawiając telefon na wprost tablicy. – Znów nie zdążyłam…

Zrezygnowała z robienia zdjęć i po prostu zadzwoniła do babci.

– Ksynek rysuje. Namalował twarz! Jak to możliwe, że tak nagle nauczył się rysować? – mówiła do słuchawki radosnym tonem.

Nagle? Przecież rysował już od dawna. Zmywanie to było dopiero coś nowego!

 

Przeczytaj także inne historie z serii przygód wrażliwego urwisa, Ksynka:

Ksynek i czysty bałagan

Ksynek ma urodzinki

Ksynek i prezenty

Ksynek i fotoksiążka

Ksynek i czekanie

Ksynek i klocki

Ksynek i emocje

Ksynek w sklepie

Ksynek i przepraszam

Ksynek i teatrzyk cieni

Ksynek i katarek

Ksynek nie chce się dzielić

Ksynek zmywa

Ksynek się chowa

Ksynek i Misio

Kręci się!

Dadaśku

Ksynek i podział obowiązków

Ksynek i książeczki

Ksynek niejadek

Pozostałe opowieści:

Życie obłoczka

Brylant

Niebieski ptak

Na krawędzi klifu

Żółty parasol

 

Emilia Becker

autorka książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *