Ksynek niejadek

Wszyscy nazywali Ksynka niejadkiem.

To było niesprawiedliwe. On lubił jeść, tylko nie chciał robić tego w taki sposób, jak inni oczekiwali.

A wszystko zaczęło się od kolorowego krzesełka na wysokich nogach. W pewien słoneczny poranek pojawiło się w kuchni.

– No to hop! – zawołał tata, po czym usadowił Ksynka w krzesełku. Chłopiec położył dłonie na tacce. Była czysta i błyszcząca. Bardzo mu się podobała, dopóki nie dowiedział się, do czego służy.

Wystarczyło, że się wygodnie rozsiadł, a już na tacce lądowały miseczki wypełnione po brzegi różnokolorowymi papkami. Rodzice i dziadkowie krążyli wokół z łyżeczkami w dłoniach.

– Spróbuj, choć jedną łyżeczkę! – zachęcali. Na początku próbował, ale później zrozumiał, że to podstęp. Wystarczyło, że posmakował pierwszego kęsa, a dorośli wymagali, by opróżnił całą miseczkę. Chętnie zjadłby troszkę, a następnie zdecydował, czy ma ochotę na więcej. Skoro jednak dorośli nie mogli tego zrozumieć, odwracał głowę i zaciskał usta za każdym razem, gdy jakakolwiek łyżeczka zbliżała się do ust.

Dorośli nie zamierzali jednak dać za wygraną. Powtarzali do znudzenia:

– Czemu nie chcesz jeść?

– Przecież wczoraj ci smakowało!

– Wszyscy tak się starają, a ty nie chcesz nawet buzi otworzyć. Gdybym ja w twoim wieku miał tak dobrze…

Zaraz, zaraz. Czy samo to, że usiadł w foteliku, oznaczało, że chce jeść? A to, co mu wczoraj smakowało, musiało smakować i dzisiaj? I skoro nikt nie wciskał dorosłym łyżeczki do buzi, to znaczy, że mieli gorzej?

Krzesełko stało się więzieniem, a jedzenie przymusem. Dziwne, bo kiedy przyglądał się rodzicom, jedzącym obiad, wydawało mu się, że to przyjemne zajęcie. Nakładali sobie na talerz to, co chcieli i tyle, ile chcieli. Często przerywali na chwilę, by porozmawiać. Nikt się w nich nie wpatrywał i nie wymagał, żeby zjedli szybko i do końca. Poza tym, siedzieli obok siebie, przy stole, a nie samotnie, w krzesełku ustawionym na środku kuchni. A już najbardziej podobało się Ksynkowi, jak wciągali do ust niteczki makaronu.

– Dziś było pyszne! – mówił tata i przytulał głowę mamy do swojego ramienia.

Ksunek również sądził, że to, co jedli rodzice musiało być pyszne. Dlatego z uwagą przyglądał się mamie przygotowującej obiad. Zwykle podczas gotowania opowiadała Ksynkowi o tym, co robi.

– Nalewam wodę do garnka. Teraz wrzucam mięso. Niech bulion się gotuje, a ja w tym czasie pokroję marchewkę, pietruszkę i seler.

Kroiła warzywa szybkimi ruchami, tak że w chwili, gdy woda zaczęła bulgotać, deska była już pełna różnokolorowych krążków.  Pochylała się nad garnkiem, zsuwała krążki nożem z deski, a one – plusk! plusk! – wpadały do bulionu.

Ksynek lubił słuchać, jak woda wesoło pomrukuje i obserwować ze swojego wysokiego krzesełka, jak krążki marchewki pływają po powierzchni. Kiedy jednak próbował mamie o tym powiedzieć, wyciągając ręce w kierunku garnka, ta uśmiechała się, a następnie mówiła:

– Masz ochotę? Zaraz przygotuję coś specjalnie dla ciebie.

Po czym wyjmowała z zupy kilka krążków marchewki i miażdżyła je widelcem…! Oczywiście, sama nawet nie tknęła papki, tylko podstawiła ją pod nos Ksynkowi. Nie miał najmniejszej ochoty tego zjeść, więc rozrzucał pomarańczowe grudki wokół siebie.

– Może spróbujesz innym razem, kiedy będziesz gotowy – wzdychała mama i wycierała plamy z podłogi.

Gorzej, jeśli zaczął rzucać jedzeniem w obecności taty, babci lub dziadka. Wtedy się zaczynało:

– Nieładnie tak rzucać!

– I teraz tata musi to zbierać. Widzisz, co narobiłeś?

– Czemu jesteś taki złośliwy?

Ksynek nie miał pojęcia, co jest takiego nieładnego w rzucaniu jedzeniem. Jego zdaniem, kolorowe grudki na podłodze prezentowały się całkiem ładnie. Tata wcale nie musiał przecież ich zbierać, jeśli nie miał ochoty.

A jeśli ktoś tu był złośliwy, to dorośli wobec niego. Im częściej zrzucał jedzenie z tacy, tym więcej pełnych misek się na niej pojawiało. Ksynek tego kompletnie nie rozumiał, zwłaszcza, że dorośli zapowiadali: „Jeśli będziesz się tak wciąż zachowywał, to nic nie dostaniesz!”

Od jakiegoś czasu mama, zamiast nakładać jedzenie do miski, pytała Ksynka, na co miał ochotę. To już był jakiś postęp. Problem w tym, że jeśli coś wskazał, ona od razu zakładała, że mu to zasmakuje. I bardzo się rozczarowywała, kiedy tak nie było. Ponieważ nie chciał rozczarowywać mamy, przestał wskazywać na cokolwiek.

To nie znaczy, że głodował. Pochłaniał mnóstwo chrupków kukurydzianych. Lubił sięgać rączką do szeleszczącej torebki, a potem wybierać sobie tego chrupka, na którego miał największą ochotę. Chrupki przyjemnie trzymało się między palcami i nikt nie zmuszał Ksynka, by jadł ich więcej. Dlatego właśnie mu smakowały.

Czasami mama przysuwała sobie taboret do jego krzesełka i siadała naprzeciwko – tak blisko, że Ksynek mógł położyć stopy na jej kolanach. Sięgali ręką na zmianę do torebki z chrupkami. A jeśli spodobał im się ten sam, każdy nadgryzał go z innej strony. Dużo się przy tym śmiali. Lubił, kiedy mama była taka odprężona. Jednak to zdarzało się rzadko, bo zwykle bardzo przejmowała się tym, co mówili inni. Na przykład babcia, która prawie każde zdanie zaczynała od słów „Inne dzieci”.

– Inne dzieci w tym wieku już dawno jedzą pięć wartościowych posiłków dziennie…

– Pytam go, czy chce zjeść to czy tamto, a on tylko kręci głową – tłumaczyła mama.

– Pierwsze słyszę, żeby ktoś dziecko pytał o zdanie.

– Ale po chrupki sięga sam! – próbowała się obronić mama.

– Chrupki! – prychnęła babcia. – Nic dziwnego, że jest taki chudziutki. Przygotuj mi jakąś kaszkę. Ja ci pokażę, jak trzeba go karmić.

–  Nie wiem, czy to ma sens. On wypluwa kaszkę…

– To nic, że pluje. Trzeba powtarzać i powtarzać aż do skutku.

Mama westchnęła i wręczyła babci miseczkę kaszy. Babcia zdecydowanym gestem  przysunęła Ksynkowi łyżeczkę do ust. Chłopiec odwrócił głowę, zacisnął usta i na wszelki wypadek jeszcze powieki. Babcia jednak wciąż trzymała łyżeczkę w tej samej pozycji, uderzając nią w podbródek chłopca. Ksynek stwierdził, że nie wytrzyma już tak długo z odwróconą głową. Postanowił, że otworzy usta dla świętego spokoju. Otwierał usta mechanicznie. Chciał to już mieć za sobą.

Babcia wręczyła mamie pustą miseczkę.

– O, widzisz, tak to ma wyglądać! – powiedziała z dumą w głosie.

Na szczęście mama zauważyła, że Ksynek nie jest zadowolony.

– Ale przecież zjadł to na siłę – powiedziała.

– Na siłę, nie na siłę. Najważniejsze, że zjadł! I tak właśnie masz go karmić.

Mama westchnęła. Ksynek dobrze ją rozumiał. Tak się właśnie czuje ktoś zmuszony robić to, czego nie chce.

Babcia sięgnęła do torebki i wyjęła z niej kolorowe czasopismo.

– Ostatnio u fryzjera poczytałam sobie gazetę i tam był artykuł o tym, jak zachęcać dzieci do nowych smaków.

Babcia rozłożyła czasopismo na stole, otworzyła w odpowiednim miejscu i postukała palcem w kartkę.

– O, zobacz! Rano wprowadzasz jeden nowy produkt, następnego dnia podajesz go na obiad, a rano dajesz coś nowego. Trzeciego dnia to, co podałaś na obiad, serwujesz na kolację. I w ten sposób po trzech dniach dziecko je trzy posiłki. Pokarmy i daty notuj sobie dodatkowo w zeszycie.

Mama przyglądała się bez przekonania tabelce, w której rzędach widniały kolorowe słoiczki.  W każdym o jeden więcej niż w poprzednim.

– Proste, co? – kontynuowała babcia. – Przykleję ci tę kartkę na drzwiach, żebyś sobie zawsze mogła przypomnieć, co i jak.

Po czym wyjęła z torebki taśmę i nożyczki. Ksynek był coraz bardziej zaniepokojony. I on miałby to zjeść? Jedno po drugim, w akurat takiej kolejności? Odrzucił głowę i zaczął i wierzgać nogami, żeby jak najprędzej uwolnić się z krzesełka.

– Co, pewnie chcesz się już pobawić? – zagadnęła babcia, wyrównując pięścią przyklejoną do drzwi kartkę z tabelą. – No pewnie, najedzone dziecko to szczęśliwe dziecko!

Następnego dnia mama próbowała karmić Ksynka wedle tabelki. Na szczęście, nie trzymała łyżki przy jego podbródku tak uparcie jak babcia, więc nie spróbował ani kęsa.

Początkowo był z siebie bardzo zadowolony, potem jednak zrobiło mu się smutno, kiedy zauważył, jak bardzo zmartwiło to mamę. Zauważył, że podczas przyrządzania rosołu, milczała. Kroiła warzywa wyjątkowo wolno. To pewnie dlatego, że raz po raz ocierała rękawem policzek. Bulion już dawno zaczął bulgotać, a ona tego nawet nie zauważyła. Kiedy wreszcie zaczęła wrzucać krążki do rosołu, Ksynek zauważył, że po jej policzkach pociekły łzy.

Ciężko opadła na taboret i sięgnęła po telefon. Choć ledwo było słychać głos w słuchawce, Ksynke go rozpoznał. Mama rozmawiała z tatą.

– Ja się do tego nie nadaję – mówiła mama łamiącym się głosem. – Co to za matka, której dziecko nie chce nic jeść?

Ksynek nie usłyszał odpowiedzi taty, jednak zauważył, że pod jej wpływem mama zaczęła się uspakajać.

– Naprawdę? Tak myślisz? Pewnie tylko chcesz mnie pocieszyć? – pytała i choć w jej głosie zabrzmiało niedowierzanie, to jednak wytarła oczy.

Ksynkowi zrobiło się smutno. Chłopiec nawet by i zjadł te parę łyżeczek czegokolwiek, żeby mamę pocieszyć, ale ona aż do wieczora w ogóle nie podsuwała mu jedzenia.

Gdy tata wrócił z pracy, postawiła obok garnka dwie bulionówki z makaronem na dnie. Zanurzyła głęboką łyżkę w zupie i zalała makaron rosołem. Tata szybko opróżniał miskę, mama nawet nie tknęła obiadu.

– Jedz, bo wystygnie – zachęcał ją tata.

– Mam ściśnięte gardło – powiedziała mama i zaczęła powoli wciągać nitki makaronu. Tata pogładził ją po głowie.

– W końcu zacznie jeść. Przecież kiedyś musi poczuć głód. O, może nawet już jest głodny. Popatrz, jak ci się przygląda.

Ksynek wychylił się z oparcia swojego krzesełka, by przyjrzeć się uważnie, jak nitki makaronu znikają w ustach mamy. Też chciałby spróbować czegoś takiego.

– Przysuniemy twoje krzesełko do naszego stołu, co? – zaproponował tata i jak zapowiedział, tak zrobił.

To był świetny pomysł. Ksynek poczuł się teraz tak, jakby zasiadał do obiadu z rodzicami.

– W sumie masz rację, kto powiedział, że krzesełko ma stać z boku jak tron! – zauważyła mama, po czym lekko się rozchmurzyła.

– A może chciałby zjeść to, co my? – zastanawiał się tata.

– Może…- powiedziała bez przekonania mama, po czym nalała trochę rosołu do miseczki Ksynek i postawiła ją na tacce. Pływały w nim cieniutkie krążki marchewki. I jak pachniał! Jak najprawdziwszy obiad dla dorosłych.

Mama  niepewnie podsunęła mu łyżeczkę do ust. Ksynek szeroko je otworzył. Tak, jak się spodziewał, rosół był pyszny.

– Ojej, zapomniałam rozdrobnić marchewkę! – mama zerwała się i sięgnęła do szuflady po widelec.

Co to to nie! Ksynek postanowił, że się nie podda. Chwycił miseczkę z całych sił i przysunął ją do siebie, a potem wziął łyżeczkę do ręki i podniósł na wysokość buzi.

– Ksynku, nie trzeba, ja ci podam! – mama próbowała wyjąć mu z ręki łyżeczkę.

– Poczekaj – tata zatrzymał dłonią ramię mamy. – Pozwólmy mu spróbować.

Rodzice wpatrywali się w Ksynka wyczekująco. Chłopiec trochę się speszył. Łyżeczka zawisła w jego dłoni. Ale ponieważ peszenie się było w jego stylu, powoli zaczął zbliżać ją do ust.

– No, no, no! – dopingowali rodzice.

Część zawartości łyżeczki spłynęła po koszulce, ale część trafiła do buzi!

– Chyba jednak jeszcze za wcześnie na to samodzielne jedzenie – zawyrokował tata.

Za to mama spojrzała na Ksynka z taką dumą i miłością, że był pewien, że idzie mu dobrze.

– Co ty, zjadł całą połowę łyżeczki! – powiedział. – Czytałam w pewnej książce, że dziecko wie, kiedy jest najlepszy moment, żeby zacząć coś robić samemu. Może dam mu jeszcze trochę makaronu?

Tego chłopiec nawet się nie spodziewał! Kiedy udało mu się wciągnąć niteczkę, aż przymknął oczy z rozkoszy.

Choć samodzielne jedzenie było wspaniałe, po jakimś czasie się nim zmęczył i pozwolił się mamie nakarmić do końca. Po każdej przełkniętej przez niego porcji, szeroko się uśmiechała.

Przez kolejnych kilka dni jego koszulki ciągle były brudne lub mokre. Czasami pojawiały się na nich tłuste plamy rosołu, innym razem lepkie lub klejące paćki. Mama podłożyła folię pod krzesełko, żeby łatwiej jej było sprzątać. Ale fartuszka ani śliniaczka Ksynek nie dał sobie założyć. O, nie! Rodzice ich nie nosili.

Mama z coraz bardziej zniecierpliwioną miną zmieniała mu ubrania kilka razy dziennie. Ksynek wyczuwał, że ją to irytowało. Na szczęście jednak nie poddała się i nie zaczęła go wyręczać. Dzięki temu w końcu nauczył się, że trzeba w odpowiednim momencie zgiąć łokieć, żeby dobrze wycelować łyżeczką, a potem szeroko otworzyć buzię, żeby jak najmniej pokapało na podbródek.

Nawet babcia była pod wrażeniem.

– Zobacz, jak szybko nauczył się jeść sam. Inne dzieci w jego wieku trzeba jeszcze karmić łyżeczką, a on tak ładnie je – pochwaliła.

Ładnie to może jeszcze nie jadł, bo od czasu do czasu coś kapnęło mu na koszulkę. Najważniejsze jednak, że rodzice w końcu zrozumieli, że jedzenie nawet dla dzieci powinno być przyjemnością.

Emilia Becker

autorka bloga oraz książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *