Ksynek i książeczki

Życie Ksynka byłoby o wiele weselsze, gdyby nie to, że mama kilka razy dziennie powtarzała słodkim tonem: „Ksynku, poczytamy książeczki”. Jakby były co najmniej tak fajne jak piłeczki.

Owszem, kartonowe okładki dobrze się żuło, a raz nawet Ksynkowi udało się oderwać jednym ruchem całą kartkę. Jaki był wtedy z siebie dumny! Mama, zamiast się ucieszyć, uklękła, wzięła książkę do rąk i wpatrywała się w nią tak, jak ktoś, kto nie wierzy w to, co się stało.

– Książeczkę boli, kiedy ją niszczysz – powiedziała z wyrzutem.

Ksynek przysunął oderwaną kartkę do ucha, żeby sprawdzić, czy płacze, ale ona milczała. Chyba jednak nic jej nie bolało. Ponieważ jednak nie chciał sprawiać mamie przykrości, wymyślił sobie nową zabawę. Wziął książkę ze szczytu starannie ułożonej sterty i…rzucił nią o ścianę! Mama natychmiast się poderwała i podniosła książkę z podłogi.

– Jak można tak traktować książki! – zawołała, marszcząc groźnie brwi. – W głowie mi się to nie mieści. Jeśli chcesz być mądrym chłopcem, musisz polubić książeczki.

Ksynek uważał, że jest wystarczająco mądrym chłopcem i wcale nie zależało mu na tym, by być jeszcze mądrzejszym.

Na szczęście, kiedy wychodzili na plac zabaw, mógł o książeczkach zapomnieć. A przynajmniej tak mu się wydawało, aż do chwili, gdy poznał Marcelinkę.

Ale po kolei. Tamtego dnia, zamiast do piaskownicy, Ksynek popędził w kierunku samochodu zaparkowanego przed blokiem. Lubił samochody. Były duże, błyszczące, a kiedy ruszały, wydawały z siebie długie mruknięcie i….już ich nie było!

Ten akurat samochód nie zamierzał się ruszyć, więc Ksynkowi szybko się znudził. Za to bardzo zaciekawił dziewczynkę, która wpatrywała się w przymocowaną z tyłu auta białą tabliczkę, na której widniały różne znaki.

Drobną twarzyczkę dziewczynki otaczały krótkie spirale ciemnych loków. Taką samą fryzurę nosił jej tata, który trzymał córkę za rękę i coś tłumaczył. Dziewczynka wskazała paluszkiem literę na tablicy.

– To ef  – odczytał tata.

– A tu em? – spytała, pokazując kolejny znak.

– Tak! – tata pokiwał głową z uznaniem.

Mama, która zwykle odciągała Ksynka od samochodów, tym razem przystanęła i z uwagą przysłuchiwała się rozmowie.

– Ile córka ma lat? – zagadnęła.

– Skończyła niedawno roczek.

– Roczek? – mama spytała, jakby chciała się upewnić. – I już zna litery?

– O tak, cyfry też. Czasami miesza się jej tylko polski z angielskim. Na przykład mówi: jeden, dwa, three.

– Three! – podchwyciła Marcelinka.

Ksynek miał wrażenie, że podbródek jej taty podniósł się. Za to mama spojrzała na Marcelinkę tak, jakby zapragnęła, żeby została jej córeczką. Choć jeszcze przed chwilą dziewczynka wydawała Ksynkowi sympatyczna, teraz nie miał ochoty jej poznać. Pociągnął mamę za rękę, jednak jej uścisk był wyjątkowo mocny.

– I…pewnie córka lubi, kiedy czyta się jej książeczki? – drążyła mama.

– O, tak! – przytaknął tata Marcelinki, przeczesując palcami włosy. – Mamy ich w domu chyba z pięćdziesiąt. Mała co chwilę wybiera sobie jedną z nich, kładzie mi na kolanach i mówi  „Czytaj!” Co tu robić, nie mam wyjścia.

Dziewczynka zerknęła przelotnie na Ksynka, po czym jej wzrok znów przykleił się do tablicy. Ksynek skądś to znał. Dla jego mamy litery w książkach też były ważniejsze niż to, co dzieje się dookoła.

– Tak bym chciała czytać synkowi na dobranoc – powiedziała mama, łamiącym się głosem. – A tu nic! Wyrywa kartki, gryzie okładki, a ostatnio nawet rzucił książką o ścianę!

– U nas też tak było na początku – próbował ją pocieszyć tata Marcelinki. – Ale pierwsze słyszę, żeby dziecko nie lubiło czytania na dobranoc. Taki duży chłopczyk…No cóż, każde dziecko jest inne.

Ksynek nie był pewien, co to znaczy, że dziecko jest inne, ale po chwili zrozumiał. Przez całe popołudnie na placu zabaw mama spoglądała na Ksynka tak, jakby był „innym dzieckiem”. Nie zauważyła, jak błyskawicznie wspiął się po drabince, a następnie zjechał slalomem ze zjeżdżalni. Zupełnie nie zrobiło na niej wrażenia to, jak wrzucał kamyki do kałuży. Po każdym rzucie oddalał się o krok, zamachiwał i plusk! Kamyczek za każdym razem trafiał do celu.

Początkowo Ksynek myślał, że mama jest na niego zła, ale potem zrozumiał, że to smutek. Czyżby tak bardzo martwiła się tym, że nie lubi słuchać historyjek z książeczek? Czy powinien lubić to samo, co Marcelinka? Przecież był sobą, Ksynkiem.

Kiedy wrócili do domu i mama rozłożyła książeczkę na kolanach, chłopiec postanowił, że tym razem przez chwilkę posłucha, jak czyta. Żeby nie było jej tak bardzo przykro. Żeby urozmaicić sobie słuchanie, wrzucił sobie kilka piłeczek do wiaderka i zaczął nim potrząsać. Podobało mu się, jak wesoło gruchotały.

– Pewnego dnia kotek z pieskiem wybrali się na wycieczkę nad jezioro…-zaczęła mama i po chwili westchnęła. – Ech, znowu nie słuchasz…

Nieprawda, przecież słuchał. Zresztą, znał tą historyjkę. Opowiadała o zwierzątkach, które chodzą na dwóch nogach i noszą spodnie. Nigdy nie widział takiego pieska ani takiego kotka. Gdyby mama czytała o kamyczkach, które wrzucał do kałuży, to by było dopiero ciekawe! Niestety, nie potrafił mamie jeszcze tego wyjaśnić, a mama nie potrafiła się domyśleć.

Na szczęście w tym momencie radośnie zgrzytnął klucz w zamku. Tata!

Ledwie wszedł i położył na szafce w przedpokoju kilka kolorowych gazetek, Ksynek już wręczał mu kapcie. Chciał, żeby jak najszybciej zaczęli bawić. Zwykle, kiedy tata wracał, mama znikała w pokoju i siadała przed laptopem. Ale nie tym razem. Ze zmartwioną miną zaczęła opowiadać tacie o tym, co im się dziś przydarzyło.

– Wiesz, spotkaliśmy na placu zabaw tatę z córką. Dziewczynka była młodsza od Ksynka, a znała już litery…

Mama zawiesiła głos. Pewnie oczekiwała, że jej słowa zrobią duże wrażenie na tacie, ale on tylko wzdrygnął ramionami i mrugnął okiem do Ksynka.

– My się tym nie przejmujemy, co? – spytał, po czym wziął Ksynka na ręce i podniósł wysoko, a potem okręcił się wokół własnej osi. Chłopcu wydawało się, że jest samolotem kołującym nad lotniskiem i aż zapiszczał z radości.

Mama splotła ręce na piersi.

– Tylko zabawa wam w głowie! – pokręciła głową. – Ty nawet nie próbujesz mu czytać, więc nie wiesz, jakie to ważne i trudne.

Zrezygnowana, sięgnęła po gazetki, leżące na szafce.

– Było coś w skrzynce? – spytała.

– E, tylko reklamy.

Ksynek wyciągnął ręce w kierunku szafki, więc tata postawił go obok. Chłopiec zsunął jedną z gazetek na podłogę, kucnął przy niej i zaczął przyglądać się obrazkom. W gazetce było dużo zdjęć, które przedstawiały znane Ksynkowi przedmioty. Twarożek, dokładnie taki, jaki mieli w lodówce. Słoik kawy, z którego co rano mama nasypała sobie dwie łyżki. Plastikowa koparka, którą bawił się na placu zabaw. I nawet garnek, w którym mama przyrządzała zupę.

– Widzisz, a mówiłaś, że nie lubi czytać – zauważył tata.

– To przecież nie są książeczki – powiedziała mama.

– Skąd wiesz? Może dla niego właśnie są.

Mama wzięła do rąk jedną z gazetek i zaczęła ją uważnie przeglądać.

– No, Ksynek, teraz my będziemy rządzić, a mama sobie odpocznie, co? – zaproponował tata.

Chłopiec zatupał z radości, po czym sięgnął tacie do kieszeni. Znalazł tam to, czego się spodziewał. Kawałek kredy!

– Widzę, że chcesz skakać z fotela? – zgadnął tata. – Ciekawe, czy pobijesz dziś swój rekord?

Chłopiec postanowił pobić go natychmiast. Wspiął się na fotel, podkurczył kolana, zacisnął pięści. Raz, dwa, trzy i…bum! Tata zaznaczył na podłodze kredą miejsca, do których udało mu się doskoczyć. Było odrobinę dalej niż wczoraj.

Po kilku kolejnych skokach Ksynek musiał odsapnąć. Zwykle w czasie, gdy bawił się z tatą, z sypialni dochodził dźwięk klawiatury. Tym razem w pokoju było cicho. Ciekawe, co robiła mama?

Ksynek podbiegł do drzwi sypialni. Były zamknięte. Chłopiec kilka razy uderzył w nie dłonią.

– Chcesz wejść? – spytał tata.

Chłopiec pokiwał głową. Tata delikatnie zapukał do drzwi.

– Możemy? – spytał.

– Nie! Jeszcze nie! Szykuję niespodziankę – brzmiała odpowiedź.

Teraz to Ksynek dopiero nabrał ochoty, żeby wejść do środka. Położył i zajrzał przez szparę pod drzwiami. Na podłodze co jakiś czas lądowały kolorowe ścinki. Co to była za tajemnica?

– Już! – powiedziała w końcu mama i otworzyła drzwi.

Wręczyła Ksynkowi coś, co przypominało książkę. Ale tylko trochę. Na każdej ze zszytych ze sobą kartek widniało przyklejone zdjęcie. Czego w tej książeczce nie było! Twarożek i garnek, i koparka.

– Skąd wzięłaś te zdjęcia? – spytał tata.

– Wycięłam je z gazetki i przykleiłam. Może Ksynek potrzebuje własnych książeczek, skoro nie lubi tych, które mu kupuję.

– Pomysłowo. Ty się nigdy nie poddajesz – tata poklepał mamę po ramieniu, a ona uśmiechnęła się do niego.

Tego wieczora mama rozłożyła na kolanach własnoręcznie wykonaną książeczkę. Okazało się, że historia nie tylko przedstawiała znane chłopcu przedmioty, ale i opowiadała o nim samym!

– Dziś na śniadanie Ksynek zjadł twarożek – zaczęła mama. – Potem, z koparką pod pachą, poszedł na plac zabaw. Bardzo szybko wspiął się na drabinkę, a potem zjechał ze zjeżdżalni slalomem. Kiedy znudziło mu się zjeżdżanie, zaczął wrzucać kamyki do kałuży. Choć coraz bardziej się od niej oddalał, trafiał za każdym razem!

Nie do wiary. Mama zauważyła jego rzuty do kałuży, a wydawało mu się, że myśli o czymś innym. Dalszej części historii Ksynek już nie pamiętał, bo oczy same zaczęły mu się kleić.

 

Następnego dnia na podwórku, kiedy chciał się wspiąć po raz kolejny na drabinkę, poczuł na sobie czyjeś uważne spojrzenie. Była to Marcelinka. Stała oparta o niski płotek otaczający plac zabaw.

– Chcesz pozjeżdżać? – spytał tata, który trzymał ją za rękę.

Marcelinka pokręciła głową. Jednak Ksynek od razu wyczuł, że bardzo chce, tylko się boi.

Tata Marcelinki zauważył mamę Ksynka i kiwnął jej głową na powitanie.

– Jak ten pani synek ładnie zjeżdża! Nic się nie boi? – spytał.

Mama przeczesała włosy ręką.

– Jeszcze się nie zdarzyło, żeby się czegokolwiek bał – powiedziała.

– Tak bym chciał, żeby Marcelinka chętniej się bawiła. A ona tylko przygląda się innym dzieciom i nic.

– No cóż, każde dziecko jest inne…

I wtedy Ksynek zrozumiał. To nic złego, że każde dziecko jest inne. Dzięki temu jeden sam czyta, a drugi sam zjeżdża.

Podszedł do dziewczynki, wziął ją za rękę i zaprowadził do drabinki. Położyła nogę na drążku, ale się cofnęła. Wtedy tata złapał córkę za drugą rękę. Teraz nie miała wyjścia. Kiedy była na samym szczycie zjeżdżalni, spojrzała w dół i jej dolna warga zadrżała. Wyglądało na to, że za chwilę się rozbeczy.

Tata wyciągnął ręce, żeby ją zdjąć ze zjeżdżalni, ale Ksynek był szybszy. Dotknął pleców dziewczynki i delikatnie ją popchnął.

– Aaaaa! – krzyknęła Marcelinka.

Ksynek był pewien, że rozpłacze się na całego. Jednak, kiedy wylądowała na piasku, zapiszczała z radości.

Emilia Becker

autorka bloga oraz książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *